Spotkać Chrystusa w krawczarni

   
W jezuickim kolegium w Warszawie przy ul. Rakowieckiej, które jest między innymi miejscem formacji naszych kleryków (studiów teologicznych) od 16 lat pracuje jako krawiec brat Andrzej Wiącek SJ, nazywany zwykle przez współbraci „Bratem Igiełką”. Na szczerą rozmowę o powołaniu i o życiu codziennym brata zakonnego namówił go Krzysztof Wołodźko SJ.
   
Bracie, czy w krawczarni można spotkać Chrystusa? 
   Kiedyś, gdy byłem w nowicjacie (pracowałem już wtedy krótko w krawczarni), przyjechał do nas o. Miecznikowski, dawny magister (mistrz nowicjatu). I o. Bartlewicz, który był moim magistrem, przedstawił mnie o. Miecznikowskiemu, mówiąc: „To jest nasz brat Igiełka, który szyje suknie zakonne razem z bratem Wiśniewskim”. O. Miecznikowski powiedział, że będę szył całe życie te suknie, jakbym szył dla Jezusa. To mi się bardzo spodobało. Wcześniej myślałem, że w krawczarni długo nie będę, że dadzą mnie w końcu do czegoś innego. Ale te słowa bardzo mnie podbudowały i bardzo je przeżyłem i do dziś pamiętam. I teraz, gdy szyję te suknie zakonne, to wiem, że ten, co będzie je nosił, idzie dalej w świat i będzie głosił ewangelię. Ten obraz we mnie pozostaje.  
   Gdybym nie chciał pracować w krawczarni, już dawno bym powiedział, że się nie nadaję, bo mi nie starcza cierpliwości, bo mnie to zupełnie nie interesuje, bo cały czas trzeba się patrzeć w ten czarny materiał i oczy trzeba w niego dobrze wpatrywać. Ale jakoś nigdy mnie to nie zrażało, ta monotonia tej pracy: non stop w kółko to samo. I chyba nigdy nie narzekałem. 
   Mam satysfakcję z tego, że coś zrobiłem. Że, na przykład, w ciągu dnia udało mi się sporo rzeczy załatwić. Jestem niezadowolony, gdy dzień jest ubogi w zajęcia, gdy czas mi ucieka albo gdy coś zaniedbam.
I znajduje Brat jeszcze czas, by pomagać starszym ojcom...
   Wiadomo, w pewnym wieku człowiek już nie da rady wszystkiego wokół siebie zrobić. Przez osiemnaście lat, w naszym kolegium na Rakowieckiej, od samego początku, jak tylko przyjechałem do Warszawy, znajdowałem takie osoby, które były w potrzebie i chciałem z nimi być, bo też wiedziałem, że mają przeżycia życiowe bardzo bogate i od nich się uczyłem. O. Bulanda zawsze na Mszy opowiadał dużo rzeczy z czasów, gdy był uwięziony przez UB. Siedział około dwóch lat... 
   No i staram się być ze starszymi, wiem, że jest taka potrzeba, nie mam żadnych oporów, by do nich iść.
Z pewnością życie niejednego z nich było świadectwem dla Brata.
   Z tych zmarłych, to wiele dla mnie znaczą dawni bracia krawcy. Ludzie, którzy mieli w życiu sporo do roboty. Brat Wolan mówił, że ich siedziało na przykład w krawczarni sześciu i mieli bardzo dużo szycia, bo oni wtedy robili tak zwane wyprawki. Oni szyli wszystko: płaszcze, garnitury, spodnie, no oczywiście suknie zakonne, peleryny, birety. W tej chwili ograniczyliśmy się tylko do szycia sukni zakonnych. A i tak chodzi się w nich teraz rzadziej.
   Te wspomnienia braci... zawsze słuchałem ich z podziwem. Potrafili uszyć suknię zakonną w ciągu jednego dnia! Ale nie szli wtedy nigdzie: ani na śniadanie, ani na obiad, ani na kolację. Rano zaczynał, wieczorem późnym kończył. I to było rzeczywiście czymś wielkim – poświęcić się, bo trzeba zrobić coś pilnego.
   A z tych, co żyją: brat Kazimierz Kowalczyk – on sam był jako zakrystianin na Rakowieckiej! Jak popatrzę teraz, że tu jest i siostra zakonna, i dwóch panów... a on wtedy sam musiał wszystkiemu podołać. Na przykład – do każdego z siedmiu ołtarzy musiał przygotować Mszę św., odmówić z kapłanem Confiteor, posłużyć przy ołtarzu. 
Albo brat Stefan Franczak, który siedzi w ogrodzie od wczesnego rana do późna w nocy, cały czas pielęgnuje kwiaty, hoduje nowe odmiany. Był kiedyś w Anglii na spotkaniu, zjeździe ogrodników, zaprosiła ich wtedy królowa Elżbieta. Pisze też artykuły do angielskich specjalistycznych czasopism. Ludzie podziwiają jego kwiaty, w ogrodzie ciągle coś kwitnie...    
A jak było z Brata wstąpieniem do Towarzystwa Jezusowego?
   Jezuiccy misjonarze dali mi adres do o. Joecka. Przyjechał do nas na wieś, poznał się z nami. Dla nas było to czymś wielkim. Na ogół było to nie do pomyślenia, żeby jakiś ksiądz przyjeżdżał specjalnie dla jakichś tam chłopaków na wieś i odwiedzał kogoś, kogo zupełnie nie znał. Myślę, że to nas wtedy pociągało, że ktoś jest nami zainteresowany... I wiele zyskałem przez jezuickie misje, przypatrywałem się misjonarzom, trochę im pomagałem. Oni nas też trochę do siebie przyciągnęli. Wstąpiłem razem z o. Leszkiem Mądrzykiem, jesteśmy z jednej parafii. 
Mógłby Brat opowiedzieć więcej o tych jezuickich misjach...
   U nas był starszy proboszcz i w ogóle nie miał kontaktu z młodzieżą. Odprawiał Mszę i szedł na plebanię. A tutaj: misjonarze z każdym rozmawiali, potrafili nawiązać kontakt. Byłem trochę starszy od innych ministrantów, chodziłem wtedy do szkoły zawodowej, do Łukowa. Codziennie dojeżdżałem po lekcjach do kościoła, zostawałem na wszystkich nabożeństwach. Pomagałem misjonarzom nosić projektor, filmy, taśmy, rzutniki. Byłem ich pomocnikiem, czułem, że mam jakiś wkład w ich pracę, że razem działamy. To mnie podnosiło na duchu, rosłem przy nich. Chętnie z nimi przebywałem. A co mi się bardzo spodobało, jak ich zobaczyłem? Strój, te ich peleryny! Sam teraz szyję peleryny...
   Myślę, że oni tak po prostu dużo wnieśli w moje życie duchowe. I to dalej się rozwijało. Bo myśmy dalej kontynuowali tę znajomość z jezuitami. Jeździliśmy na spotkania powołaniowe do Kalisza.
A który to był rok?
   1977. A w ogóle to jestem z parafii Tuchowicz, to jest diecezja siedlecka... Wstąpiłem w 1980 roku, 20 sierpnia, mając dziewiętnaście lat. Wstąpiło nas dwudziestu pięciu, czterech było na braci. Śluby złożyłem po dwóch i pół roku, bo wtedy bracia po tym czasie je składali. Już trzy dni po ślubach przyjechałem do Warszawy. To był 25 lutego 1983 roku. Funkcję mam ciągle tę samą: pracuję w krawczarni, w pralni. 
A teraz czas na opowieść: moje codzienne, jezuickie życie...
   Pobudka gdzieś tak przed siódmą. Msza św. Bez tego dzień byłby mniej wartościowy, czegoś by brakowało. Krótkie śniadanie. Opiekuję się bratem Stefanem Lisewskim, biorę go na kawę. Po ósmej, tak o wpół do dziewiątej, jestem u siebie w pokoju. Szyję albo nowe rzeczy, albo to, co mi przyniosą wcześniejszego dnia: przeróbki, poprawki, drobne usługi. Albo jestem w pralni, gdy jest dzień magla. Obiad. Później – dalej praca. Jestem taki, że do późnej nocy coś robię, do północy, do pierwszej. Ćwiczenia duchowe: różaniec, medytacja, ale to wszystko raczej wieczorem, gdy mam czas dla siebie, żeby się wyciszyć, uspokoić po całym dniu...
   Nudzić, to ja się nie nudzę. Wręcz przeciwnie: wolę wynajdywać jakieś zajęcia, żeby czas był wypełniony. Nieraz, gdy ktoś o cokolwiek prosi, no to staram się pomóc. W różnych tak zwanych „akcjach”, typu: „coś trzeba poprzenosić”. Nawet o. Minister dzwoni: „Potrzebuję siłacza! Trzeba szafy powynosić”. Albo jakieś żelastwo (bo pełno go ostatnio było, gdy kaloryfery wymieniali, wynieśliśmy tego chyba z dziesięć ton!). Nie lubię chodzić ot tak, bez sensu, żeby dzień był próżny.
Ależ każdy Brata dzień jest zupełnie podobny do drugiego!
   Tak. Niewiele się zmienia. Już od wielu, wielu lat. Prace powtarzają się w kółko. I zmiana, choćby miejsca, nie szykuje się. No chyba, że do Gdyni będą mnie kiedyś chcieli przenieść. Ale i tu jest duży dom, więc jako „krawiec centralny” przypuszczam, że jeszcze trochę pożyję i popracuję w Warszawie.
   W Gdyni brat Piotr może postara się o jakiegoś ucznia, może mu następca wyrośnie. Bo mnie uczył brat Wiśniewski w Kaliszu. Ten początek był bardzo trudny, bo siedziałem dwie godziny, do południa, z naparstkiem i igłą. No i mając specjalną szmatkę na ręku, wprawiałem się w szycie. Brat Wiśniewski sprawdzał, no i dalej musiałem ćwiczyć, bo się okazywało, że nie jest za dobrze. I szły na to następne dwie godziny. Jak mnie szyja bolała! Nie byłem przyzwyczajony do siedzenia w miejscu, tak mnie to męczyło. Myślałem, że po dwóch, trzech dniach pójdę w końcu do ojca magistra, bo jest mi za ciężko. Tym bardziej, że wcześniej byłem przyzwyczajony do ruchu. Ale z czasem przyzwyczajenie przyszło...
Dobrze poinformowane źródła donoszą, że jest Brat naprawdę „młody duchem”...
   To zawdzięczam na pewno naszym klerykom, z którymi spotykam się, chodzę do nich do auli, biorę udział w ich sportowych wyczynach. Graliśmy zawsze w piłkę na Polach Mokotowskich. Zresztą, zawsze warto do któregoś z nich wieczorem pójść, spotkać się na imieninach. No i czuję tę młodość ducha, nie uciekam od nikogo, ani od starszych, ani od młodszych. Wszędzie mnie pełno.
Słyszałem,  że chodził Brat na pielgrzymki.
   Na pielgrzymki zacząłem chodzić już tu, z Warszawy. Nasi prowadzili grupę żółto-biało-żółtą. Zawsze też chodzili nowicjusze z grupą warszawską. Bardzo mi się to spodobało, choć pierwsze dni były ciężkie, bo to trzeba było się rozchodzić. Pobudki były niekiedy bardzo wcześnie – gdzieś tak czwarta rano. Pamiętam, w pierwszą noc, to po trzeciej w nocy była pobudka. Później to zmienili.
   Szło bardzo dużo ludzi, za pierwszym razem to szło gdzieś około sześćdziesiąt tysięcy pielgrzymów z Warszawy. Nie było wtedy jeszcze grup regionalnych, wtedy i Białystok szedł z nami i inne miasta.
   Mnie pociągało pielgrzymowanie do Pani Jasnogórskiej, bo to był czas, gdy można było przeżyć wakacje bardziej głęboko, z ludźmi. I też im pomóc w dźwiganiu bagaży...
Albo ogromniastego krzyża...
   Albo dużego krzyża. Była kiedyś droga krzyżowa i szedł z nami pewien Amerykanin, z takim krzyżem. I nie chciał go nikomu dać, sam chciał go donieść do Częstochowy. Ale na czas drogi krzyżowej, na takich strasznych piachach, na odcinku siedmiu, ośmiu kilometrów my, jezuici nieśliśmy ten krzyż.
Domyślam się, że lubi Brat życie wspólnotowe.
   Ooo, bardzo. Życie wspólnotowe mi bardzo odpowiada i nie jestem samotnikiem. Szukam ludzi. Gdy wiem, że pracę skończyłem, to idę kogoś spotkać z ojców, z braci. Rano na kawie chwilę posiedzimy, starsi coś powspominają. Jak to oni żyli, jak było dawniej choćby w nowicjacie. Teraz to my mamy zupełny luz... Wspominali, jak kiedyś o wpół do piątej wstawali i palili w piecach, no to teraz...
   Jak tak sobie myślę, że gdyby ktoś stronił od wspólnoty, to nie jest wtedy w pełni bogatym. Bo wspólnota to jest duże bogactwo. A tu na Rakowieckiej, wspólnota, tak myślę, jest radosna, życzliwa. I chętnie się do takiej wspólnoty idzie, gdy jest braterstwo, którego się doświadcza...
Zatem, czuje się tu Brat na swoim miejscu... I pewnie odnosi się to do całego życia...
   Wstąpiłem z przekonaniem, że przychodzę do zakonu, by być bratem. I ta myśl zawsze mnie trzyma. I to się nie chwiało, nie czułem nigdy, że mam coś zmienić... Jeśli pracuję, czy to będąc krawcem, czy, jak inni, w zakrystii – robię coś dla wspólnoty. Ta wspólnota tym żyje, bo każdy daje swój wkład, fizyczny, duchowy. Gdy każdy ofiarowuje się, funkcjonuje po prostu całość. Im więcej się daje, tym lepiej działa wspólnota. 
Dziękuję bardzo za rozmowę.

Krzysztof Wołodźko

powrót