|
Jezuici przy Unii Europejskiej
Zaczęło się od prośby arcybiskupa Brukseli do o.
generała Pedro Aruppe SJ, aby jezuici zajęli się dziećmi i rodzinami urzędników
europejskich. Na miejscu okazało się, że jest to trudne zadanie, ponieważ
to środowisko jest bardzo zróżnicowane.
Jezuici są obecni w szkole dla dzieci urzędników, organizują
życie religijne różnojęzycznych wspólnot i starają się służyć pomocą samym
urzędnikom.
Obecnie są trzy domy, dwa w Brukseli i jeden w Strasburgu, z których
jezuici angażują się w pracę na rzecz urzędów europejskich, Unii Europejskiej
i Rady Europy. O. generał Peter Hans Kolvenbach SJ przykłada wielką wagę
do tego zaangażowania. Dowodem na to jest stworzenie odrębnej Prowincji
Europejskiej, której prowincjałem został o. Alfred Darmanin SJ.
Kilku jezuickich kleryków studiujących filozofię w Krakowie
miało możliwość przyglądać się pracy współbraci w Strasburgu i Brukseli.
Tydzień z europejskimi jezuitami dał nam możliwość przyglądnięcia się ich
problemom z bliska i wyrobienia sobie nowego spojrzenia na Unię Europejską.
Jeśli masz dużo wykładów i zajęć, a z czasem pracy przybywa
zamiast ubywać, to zrozumiesz
sytuację Unii Europejskiej, przynajmniej pod pewnym kątem. Unia jest jak
samochód o bardzo dobrym silniku i starannym wykończeniu. Duży komfort
jazdy, dobre osiągi, ekonomiczność... tylko ktoś zapomniał o światłach...
powiedział jeden z biskupów kraju piętnastki. A konstruktorzy zamiast
poważnie pomyśleć o światłach, myślą o zwiększeniu pojemności. Może dlatego,
że dla UE wciąż świeci słońce i jest dzień.
Wystarczy wziąć pierwszą lepszą gazetę, by znaleźć kilka
opinii o UE. Jedni z entuzjazmem (euroentuzjaści), inni z pesymizmem
(eurosceptycy), nikomu z nich nie odmawia się europejskości... bo nikt
do Europy nie musi wchodzić będąc w niej od stuleci.
Wróćmy jednak do naszego samochodu. Wiemy już, że jest
dobry i pędzi. Jednak dobrze jest też wiedzieć, kto nim kieruje i co z
nami? Zastępca ambasadora RP ds. przystąpienia Polski do UE Michał Czyż
twierdzi, że negocjacje idą wartkim tempem i to raczej Unia nie nadąża
z procedurą prawną, niż strona polska z dostosowywaniem prawa polskiego
do wymogów UE.
Według niego wykonywana jest praca, która z przystąpieniem
czy bez przystąpienia Polski do UE nas nie minie. Tak czy inaczej czekają
nas poważne reformy, a będąc członkiem Unii będziemy mieli dostęp do myśli
ekonomicznej, myśli technicznej i funduszy, z których Grecja, Hiszpania
i Portugalia przed paru laty sporo skorzystały. Biorąc pod uwagę obszar
i liczbę ludności w Polsce, to na nasz teren wpłyną spore dopłaty
dla reformowanych gałęzi gospodarki (paradoks: rolnictwo najbardziej odchoruje
ewentualne zjednoczenie, ale też uzyska największe dopłaty do reformy).
Powiedziałby ktoś: to wspaniale!, skoro nadarza się okazja, to wskakujmy
do wozu UE... Okazja rzeczywiście się nadarza, bo globalne spojrzenie na
świat podpowiada o pewnej rywalizacji o wpływy między Ameryką Północną,
Azją i Europą. Polskie 40 mln ludzi i 312 tys. km2 powierzchni, to
naprawdę znaczące zwiększenie pojemności silnika UE. Mówi się nawet o tym,
że poszerzenie UE nie biorące pod uwagę Polski, to żadne poszerzenie. Niestety
nie wszystko jest takie proste i piękne. Dużo tu wątpliwości i pytań, np.
co ze światłami?
Sztab w Brukseli nie kwapi się do rozmów na ten temat.
Co prawda niektórzy bardziej świadomi wracają do deklaracji Schumana, myśli
Moneta i Adenauera, którzy od początku przestrzegali przed zakochaniem
się w samej ekonomii. Jednak nie ma to zbyt dużego odzewu. Powodem może
być to, że tak naprawdę, to nikt nie wie, jaka ma być dusza Europy (soul
of Europe).
Aby przybliżyć skomplikowanie sytuacji, przytoczę coś
z życia jezuity pracującego w europejskich dziełach. O. Wolfgang Felber
SJ (jezuita niemiecki) już na filozofii interesował się sprawami jednoczącej
się Europy. Studiował pod tym kątem, a kiedy skończył teologię, zapytał
swojego ojca prowincjała o zgodę na wyjazd do pracy przy Unii. Prowincjał
zalecił mu dodatkowe studia ekonomiczne. Po ich skończeniu pytanie zostało
powtórzone, a odpowiedź była podobna: proszę jeszcze popraktykować ekonomię
w Austrii. Po tym długim szkoleniu rozpoczęła się praca. W Brukseli okazało
się, że jeśli ktokolwiek potrzebuje zdania księdza w jakiejś sprawie, to
tylko jako profesjonalisty np. w ekonomii. Tego samego doświadczył o. Bernard
Lestienne SJ (jezuita francuski), który jako ekspert do spraw kontaktów
północ-południe w Ameryce (był kilka lat na misjach w Brazylii) nie narzeka
na brak pracy. Takie działanie jest bliskie duchowi św. Ignacego wejść
cudzymi drzwiami, a wyjść swoimi. Problem w tym, że efekty, o które nam
chodzi, przychodzą bardzo powoli. Tak powoli, że ręce opadają, a samochód
pędzi.
Potrzeba świateł nie zapala się światła i nie stawia
pod korcem, ale na świeczniku nie my sobie, ale Jezus dał chrześcijanom
prawo do nazywania się światłością świata.
Słyszałem zdanie świeckiej osoby, że oczy katolików były mocno zwrócone
na katolicką Hiszpanię w czasie jej akcesu do UE. Teraz to samo spojrzenie
przesunęło się na Polskę. Księża w Brukseli nie mogą się nadziwić, że tamtejsza
Polska misja wynajmuje bardzo duży kościół, który w niedzielę jest wypełniony
na pół godziny przed mszą św. Polacy modlą się na wspólnym różańcu. Uwierzyłem,
gdy to zobaczyłem! Europa teraz oczekuje nowego powiewu ducha od strony
Polski. Jakim jesteśmy światłem? Tlejącym się płomyczkiem, pochodnią,
a może mocną, nowoczesną lampą ksenonową, w sam raz do samochodu UE?
Po powyższych zdaniach, można by sądzić, że jestem krypto-euro-entuzjastą.
Sam jednak czuję się zadumanym jezuitą, któremu troszeczkę odsłoniły się
ciężary zadań, jakie czekają nas wszystkich. W Brukseli i Strasburgu, czyli
wśród ludzi, którzy przyłożyli rękę do europejskich zadań, spotkałem takich,
którzy robią, co mogą, ale sami nie potrafią tej sytuacji do końca ogarnąć,
nie wiedzą, jak ma być. Jezuici też nie wiedzą, czym ma być UE. Jednak
zauważają to, że są wpływowi ludzie, którzy przychodzą i szczerze pytają,
jak postąpić właściwie? I w tym jest rola jezuitów uczyć ludzi rozeznania.
Taka umiejętność przy tym pędzącym samochodzie bez świateł jest konieczna.
Obecność jezuitów w Brukseli i Strasburgu, jak sami mówią, nie przynosi
dużych efektów, ale jest konieczna i rokuje nadzieje. Robią oni,
co mogą, by auto się nie rozbiło.
Artur Demkowicz SJ
|
|